W roku 2008, śladem poprzednich lat, misyjny Obóz Wędrowny przeprowadził 25 spotkań z uzdrowieniem w jednym ciągu, dzień po dniu (z jedną niedzielą przerwy). Wszystkie odbyły się w otwartej przestrzeni w centrum miast, w zasięgu wszystkich chętnych, bezpłatnie i publicznie. W Polsce. Za każdym razem miały miejsce bezpośrednie sprawozdania z dokonujących się uzdrowień, dzięki czemu uczestnicy spotkania mogli nie tylko osobiście przeżyć uzdrowienie, ale też dowiedzieć się o pozostałych wydarzeniach mających miejsce na spotkaniu. Program, którego główną częścią było właśnie spotkanie z uzdrowieniem nosił nazwę „Teraz Jezus”. Półgodzinny wstęp codziennie zapewniał zespół muzyczny. Po spotkaniu z uzdrowieniem program uświetniał występ grupy teatralnej inscenizującej wypróbowane przedstawienie pod tytułem „Dwa Drzewa”. Zawsze miało miejsce wprowadzające przesłanie, które wyjaśniało obecnym sens, metodę i rodzaj spotkania z uzdrowieniem, dzięki czemu nikt nie mógł mieć wątpliwości, dzięki czemu lub Komu został uzdrowiony. W wielu miejscach odnotowano wydarzenie w miejskiej prasie. Prawie w każdym mieście w pracę naszego obozu zaangażowany był jakiś kościół. W tym roku zaangażowane kościoły reprezentowały cztery różne wyznania. Całość przyniosła wiele zdumiewających doświadczeń, przeżyć i przemiany na wielu poziomach. Niekiedy mieliśmy wrażenie, że znacznie bardziej ta misyjna akcja przemieniała samych uczestników obozu i inspirowała kościoły, niż przemieniała kolejne miejscowości, chociaż i te przemiany wydają się być dostrzegalne, przynajmniej na etapie naszej obecności w czasie krucjaty.
To, co ponownie jest moim własnym wyrzutem sumienia to powtarzający się fakt niezaangażowania kogoś wyłącznie do raportowania wszystkich istotnych doświadczeń i uzdrowień, aby można było przeprowadzić przynajmniej przybliżone statystyki. W ferworze codziennej skomasowanej akcji i wielu przeżyć czas biegnie zbyt szybko, by zdążyć czegokolwiek żałować, tym bardziej, że kolejne dni dawały ponownie wspaniałe świadectwa działania uzdrowieńczej, uwalniającej i zbawiającej mocy Jezusa Chrystusa.
Po co to robimy? Dlaczego młodzi ludzie (ale nie tylko) z całej Polski, chcą poświęcić prawie miesiąc swoich wakacji, aby robić coś takiego? Dla wielu ludzi, którzy przychodzą na naszą krucjatę są to może wygłupy, dla innych, tych, których dotknęła Boża moc, jest to cudowne, fascynujące doświadczenie, czasami zmieniające nawet bieg ich dotychczasowego życia. I tutaj właśnie kryje się przyczyna całej tej wyprawy.
Każdy z nas ma ten sam cel: ogłaszać całemu światu, że Jezus jest rzeczywistością. I wierzcie lub nie, ale Pan Jezus sam osobiście pomaga nam to udowodnić. Kiedy wzywamy ludzi, aby wyszli i stanęli przed sceną, robimy to w prostej wierze, że Bóg uzdrawia. Każdy z nas, uczestników obozu, ma za sobą taki moment w życiu, kiedy osobiście doświadczył Bożej mocy. Działo się to na różne sposoby, jedni zostali uzdrowieni, innym Pan Jezus pomógł w trudnych chwilach, ale tak naprawdę najważniejsze jest to, że każdy, osobiście doświadczył Bożej miłości. Każdy sam przekonał się, że Bóg nie tylko istnieje gdzieś tam daleko w niebie, ale On żyje tu i teraz. Wiele z tych historii można usłyszeć w trakcie programu, czy to ze sceny czy po prostu rozmawiając z uczestnikami.
Dla każdego z nas było to doświadczenie zmieniające życie. Kiedy człowiek pozna Boga, kiedy spotyka swojego Stwórcę nie może zostać obojętny. Coś musi z tym zrobić, podjąć decyzję, co dalej. My wybraliśmy Jezusa. Chcemy więc ogłaszać każdemu, że On jest prawdziwy i Jego moc nie zmieniła się. Jego nie ma już na krzyżu, dzisiaj On jest potężnym Bogiem, mającym moc nad wszelką chorobą i niemocą ludzkiego stanu. Kiedy wzywamy Jego imienia i prosimy Go o pomoc, On odpowiada. Bardzo często ludzie, na których nakładamy ręce, doznają natychmiastowej ulgi! Niektórzy od razu są w stanie potwierdzić swoje uzdrowienie: zginają chore stawy i nagle okazuje się, że już nic nie boli, odchodzi ból głowy, mijają przeróżne dolegliwości. Są i tacy, którzy nic nie czują w czasie modlitwy, a po chwili wracają i składają świadectwo, że zostali uzdrowieni. Niestety nie wiemy ilu ludzi odchodzi z naszych spotkań i doświadcza uzdrowienia w jakiś czas po całym tym wydarzeniu, mamy jednak potwierdzone relacje, że tak się dzieje. Zdarza się, że ktoś, kto ma mieć operację po przyjęciu naszej posługi uzdrowieniem już jej nie potrzebuje! Bóg jest wszechmocny i nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych!
Oglądanie, jak Słowo Boże staje się prawdą w życiu ludzi, którzy wcześniej być może nawet nie myśleli o tym, żeby właśnie tam udać się po pomoc, jest dla nas największą nagrodą. Nie ma nic lepszego niż być uczniem Jezusa i robić rzeczy, które On robił. Chcemy być Jego sługami, których On pośle do tych, którzy najbardziej Go potrzebują. Chcemy to ogłaszać i dzielić się tym z każdym człowiekiem, bo przy stole Jezusa jest miejsce dla każdego. Chcemy rozgłaszać prawdę o Bogu, że On żyje i ma wielką moc, dostępną dla każdego z nas, jeśli się tylko poprosi. Bóg żyje tu i teraz i każdy kto przychodzi na nasze spotkania ma szansę się o tym przekonać.
Poniższe relacje będą przybliżonym sprawozdaniem, raczej wspomnieniem niż dosłownym raportem z wyprawy przez 25 miast od 19 lipca do 14 sierpnia 2008 r. W wyprawie uczestniczyło z zaangażowaniem ok. 30 osób w części pierwszej i ok. 60 w części drugiej. Obozowicze zjechali się z różnych stron Polski i reprezentowali głównie różne ewangelikalne kościoły, choć mieliśmy także (wg mnie nieprzypadkowych) katolików, szalenie zadowolonych z udziału w obozie. Zapraszam;
Gosia ze Świebodzina:
Modliłyśmy się z Beatą o małżeństwo i o babcię. Babcia miała chorobę Parkinsona. Gdy zaciskała pięść, środkowy palec pozostawał wyprostowany, w ogóle się nie zginał. Gdy modliłyśmy się, zaczęła nim ruszać i normalnie zaciskać pięść. Gdy przyszła na plac czuła się tak, jakby ją ktoś w beczkę wsadził i po prostu dudnił. W trakcie modlitwy bardzo się trzęsła i płakała. Zaczęła lepiej słyszeć, bo gdy w tle cały czas grała muzyka, zaczęła ją normalnie słyszeć i mówiła, że jej już przestało huczeć w uszach.
Inna kobieta miała problemy z oczami. Nosiła bardzo grube szkła i źle widziała. Po nałożeniu rąk ściągnęła okulary. Na początku w ogóle nie mogła otworzyć oczu i mówiła, że czuje się, jakby miała kamienie pod powiekami. Następnie poczuła jakieś mroczki i coś zaczęło się dziać z jej oczami. Wcześniej widziała jak za mgłą, a teraz miała jakieś przebłyski. Mąż tej kobiety przyszedł z książeczką zdrowia aby przedstawić wszystkie choroby, na które cierpi i z powodu których uczęszcza na rehabilitację, ponieważ ustawicznie odczuwał silny ból w okolicach biodra. Po modlitwie poczuł, że coś zaczęło się dziać w tym biodrze. Mówił, że coś w środku dziwnie ciągnęło go za to biodro. Zaczął stąpać z nogi na nogę. Nie powiedział konkretnie, że jest lepiej ale, że coś się zaczęło zmieniać. Obydwoje byli bardzo poruszeni.
Modliłyśmy się z Beatą o kolejną kobietę. Miała problem z uszami. Po modlitwie powiedziała, że zaczęła słyszeć o 50% lepiej.
Generalnie, na kogokolwiek by nie położyć ręce wszyscy mówili konkretne świadectwa, nawet nasza Lusia; bolał ją brzuch i gardło, a po modlitwie przestało ją boleć.
Szymon z Wielunia
Gdy modliłem się z Kubą o jednego mężczyznę, poprawił mu się wzrok i słuch. U innego pana z cukrzycą, nadciśnieniem poczuł silne „prądy” i było widać, że coś się stało. Był też mężczyzna na wózku inwalidzkim/rowerze, który miał problemy z chodzeniem. Trzech z nas położyło na nim swoje ręce. Stwierdził, że coś czuł. Wyciągnąłem go z wózka i tak jakby zaczął chodzić. Zapytałem go, czy wcześniej mógł tak chodzić. Odpowiedział, że nie mógł.
Kasia z Gościkowa:
W Świebodzinie modliłam się o małżeństwo. Było to w pierwszym mieście na naszej trasie. Ludzie ci trafili tam przypadkiem, po prostu przechodzili przez rynek. Było to małżeństwo w średnim wieku. Pan poprosił mnie o modlitwę o jego kręgosłup, ponieważ z powodu pracy na budowie bardzo bolały go plecy. Kiedy się o niego modliłam, czułam człowiek cały drżał. Po modlitwie zapytałam się go, czy czuje jakąś zmianę, ale on mi nic nie odpowiadał i wyglądał na wstrząśniętego. Jego żona cały czas obserwowała go i wyglądała na bardzo zaskoczoną zachowaniem męża. Kiedy go pytałam, czy czuje się lepiej, on nic nie mówił, tylko dotykał swoich pleców i zginał się na różne strony. Pomyślałam, że może nie czuje różnicy i zaproponowałam, że pomodlę się jeszcze raz. On tylko pokiwał głową. Kiedy kolejny raz się modliłam, znowu czułam, że drży na całym ciele i jest bardzo poruszony. Jego żona wyglądała na wystraszoną i patrzyła na niego, jakby go nigdy takiego nie widziała. Kiedy zapytałam, czy tym razem czuje zmianę, powiedział, że kiedy tutaj szedł plecy bolały go cały czas, a teraz ból minął. Był bardzo poruszony i miałam wrażenie, że z trudem powstrzymuje łzy. Ludzie ci bardzo szybko się oddalili. Wierzę, że Pan Jezus dotknął tego człowieka.
Również w Świebodzinie modliłam się o jedną panią. Siedziała w pierwszym rzędzie przez cały czas trwania naszego programu. Kiedy podeszłam do niej w czasie uzdrawiania, wymieniła wiele chorób i różnych dolegliwości, z którymi miała problem. Modliłam się o nią z zamkniętymi oczami, więc nie wiem jak reagowała, kiedy Pan Jezus ją uzdrawiał. Kiedy po wszystkim zapytałam jak się ją, jak się czuje, rozpłakała się i powiedziała: „Jak nowo narodzona.” Była bardzo poruszona.
W Szczańcu niezbyt wielu ludzi przyszło na nasze spotkanie. Tak się nam przynajmniej wydawało. Później dowiedzieliśmy się, że było tam wielu ludzi, ale przyglądali się nam z daleka w niepewności, kim jesteśmy. Tak bywa w małych miejscowościach. Miało tam miejsce następujące uzdrowienie; na spotkanie przyszła dziewczynka ok. 14-letnia, która była całkowicie głucha na jedno ucho. Kiedy był czas uzdrawiania modliło się o nią kilku naszych uczestników. W tym czasie jej mama siedziała na ławce i przyglądała się. Po krótkiej chwili dziewczynka powiedziała, że już słyszy na to ucho w 70%. Jej mama z niedowierzaniem kilkakrotnie pytała ją, czy naprawdę słyszy. Dziewczynka za każdym razem odpowiadała, że tak.
W Sulechowie nasze spotkanie odbywało się na placu, na końcu którego znajdował się przystanek autobusowy. Stało tam wielu ludzi. Również wielu wysiadających zatrzymywało się i przyglądało temu, co się dzieje. Jedną z nich była pewna dziewczyna, która akurat wysiadła z autobusu. Jak mi opowiadała, stała tam przez chwilę w czasie, kiedy Jurek (szef obozu) wyjaśniał, co się zaraz będzie działo i dlaczego. Jak usłyszała o uzdrowieniu zdecydowała się podejść bliżej, ponieważ cierpiała na bóle pleców i właśnie teraz też ją bolały. Po modlitwie ból minął i dziewczyna powiedziała, że wierzy, iż została całkowicie uzdrowiona.
Kiedy byliśmy z obozem w Nowym Targu ja sama doświadczyłam takiego uzdrowienia. Rano przy myciu zębów zauważyłam, że coś się stało z moim prawym okiem. Prawdopodobnie pękło mi naczynie krwionośne, ponieważ połowa mojego oka (dokładniej białka) była całkowicie przekrwiona, a oko było dziwnie szkliste. Nie bolało mnie to, ale wyglądało dosyć upiornie i zmartwiłam się, że może zapowiadać jakieś większe problemy. Kiedyś już coś takiego mi się zrobiło i wiedziałam, że to długo znika, przynajmniej kilka dni. Pomyślałam, że jestem na obozie i nie mogę być chora, bo zapomniałam zabrać ze sobą książeczkę zdrowia. Poszłam do pokoju, pomodliłam się chwilę i poprosiłam Pana Jezusa, żeby uzdrowił moje oko. Potem poszłam robić pranie. Około dwóch godzin później zobaczyłam, że moje oko jest zdrowe, białko było znowu białe i nie było na nim śladu przekrwienia. Bóg mnie uzdrowił!
Jerzy Przeradowski
i Katarzyna Chruścińska
![]()